Kalifornia: z Willits do San Francisco

Z Willits do San Francisco próbowałem zabrać się na stopa

stałem przez godzinę na deszczu,

zaskakująco przyjemne uczucie
zabrał mnie Fred,
nieustannie odurzony,
wielki z urodzenia
lekko otyły dzięki diecie pół bezdomny
dom spłonął mu w pożarze, przez chwile żył w samochodzie
teraz, razem ze swoim zmutowanym psem
zamieszkują śmierdzącą i lepką komórkę w podwórku większego domu
Fred podał psu poduszkę
zwierze jest zakochane,
może to płytsze uczucie,
na pewno wyrażane z dużym entuzjazmem,

tłumaczy też częściowo lepkość

Fred dzielnie stawia czoła inwazji mrówek
przeszło mu przez myśl, żeby posprzątać
koniec końców zaatakował je palnikiem
Fred przez chwilę myślał, że uda mu się mnie ugościć na kanapie
w korytarzu głównego budynku
śmiesznie było widzieć jak jego entuzjazm topnieje
jak myśli o przeszkodach pojawiają się w jego głowie
i nie znajdują rozwiązania
gdybym nalegał, mógłbym zostać w komorze smrodowej
nie musielibyście wyobrażać sobie tego zapachu
nosił bym go na sobie jeszcze po powrocie
Fred zabrał mnie na autentyczne meksykańskie burrito
było tak autentyczne,
że Hiszpański Freda okazał się niewystarczający do uniknięcia mięsa, zniosłem jakoś,
mój niedoszły gospodarz,
zawiózł mnie na przystanek autobusowy
padało, Fred był moim ochroniarzem
czekaliśmy pod przestronnym balkonem
w towarzystwie kilku młodych fanów „craku”
awanturowali się troszkę
bardzo byłem wdzięczny za towarzystwo wielkiego Freda
po dwóch godzinach w autobusie i godzinnym spacerze doszedłem
do mieszkania Lucka
gustownie urządzona przestrzeń
z trzema sypialniami, czterema łazienkami,
balkonem na każdym piętrze i jacuzzi w ogródku
oprócz trójki szczupłych i wysportowanych intelektualistów
mieszka tu dystyngowany pies Mojżesz,
wszystkie napotkane w czasie tej przygody ssaki
sprawiały wrażenie szczęśliwych
ludzie dużo się śmiali i dobrze bawili się w towarzystwie
nieznajomego z Polski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.